Uciążliwy bezdomny z ulicy Dmowskiego trafił do noclegowni, a następnie do szpitala. Być może uda mu się pomóc
Bezdomny mężczyzna z ulicy Dmowskiego trafił do noclegowni, a następnie do szpitala. Być może uda mu się pomóc, ponieważ jego stan zdrowia zwracał uwagę nie tylko przechodniów, ale też pracowników znajdujących się w tym rejonie sklepów, obiektów gastronomicznych czy apteki. To oni zwrócili się do Tychy24.net w sprawie mężczyzny. Zbierano też podpisy pod petycją dotyczącą interwencji wobec bezdomnego. Przez długi czas służby były bezsilne, ponieważ odmawiał on pomocy.
Chodzi o 61-latka, który na co dzień przebywa pomiędzy ulicą Dmowskiego, głównie w rejonie sklepu Stokrotka, apteki i pobliskiego lokalu z kebabem, a okolicą Auchan. Służby otrzymywały nawet kilkanaście zgłoszeń dziennie w sprawie mężczyzny.
W czerwcu wyszedł z więzienia, do którego trafił w ubiegłym roku. W zakładzie karnym spędził 8 miesięcy z powodu niezapłaconych grzywien. Gdy ponownie pojawił się na ulicy Dmowskiego, jego stan zdrowia zaczął się bardzo wyraźnie pogarszać. Pomimo wielu interwencji mężczyzna nie chciał pomocy.
W końcu strażnikom miejskim udało się namówić 61-latka do skorzystania ze wsparcia.
„Wczoraj udało się przekonać mężczyznę do skorzystania z pomocy noclegowani, a następnie z noclegowni zabrało go pogotowie do szpitala Megrez” – przekazał nam Marcin Paździorek ze Straży Miejskiej w Tychach. Mężczyzna ma przejść tam operację. Od dłuższego czasu chodził w zakrwawionych spodniach, z wyraźnym przerostem przepukliny. Był też otoczony przez muchy, pluskwy i czerwie.
Długo nie chciał pomocy
Municypalni wielokrotnie interweniowali wobec mężczyzny, podobnie jak tyska policja. Mężczyzna nie był jednak ubezwłasnowolniony. „Za każdym razem oferowany jest mu przewóz do noclegowni, do Franciszkanów, wzywane jest pogotowie, ale on tej pomocy odmawia” – mówił nam w ubiegłym tygodniu rzecznik straży miejskiej.
Tomasz Ślosorz z tyskiej policji powiedział w rozmowie z Tychy24.net, że policjanci często interweniowali wobec mężczyzny, głównie do spraw porządkowych. „Spożywanie alkoholu w miejscu publicznym czy zaśmiecanie” – usłyszeliśmy.
Mężczyzna często spał na ławkach i, jak mówią nam przedstawiciele służb, był dokarmiany przez mieszkańców. Dlatego nie chciał opuścić tego rejonu.„W trakcie jednej interwencji, podeszła kobieta i wręczyła mu frytki, devolaya i surówki. A potem sam mówił, że jest mu tam dobrze, bo zawsze dostaje coś do jedzenia i picia” – usłyszeliśmy.
Mężczyzna otrzymywał też pieniądze. Nie był agresywny, dlatego służby miały ograniczone możliwości działania. Sam 61-latek żartował, że ma lepszą obstawę niż papież, ponieważ ciągle ktoś do niego przyjeżdża – jak nie straż miejska, to policja, jak nie policja, to pogotowie. „Dajcie mi w końcu żyć normalnie” – mówił.
Były z nim problem, został pobity
Mężczyzna, pomimo raczej łagodnego usposobienia, był uciążliwy. Nie chodzi tylko o sam zapach, który roztaczał, czy też o brudne z krwi i innych płynów spodnie, ale także o tzw. „incydenty kałowe” z jego udziałem. Miał w kilku miejscach rozsmarowywać swoje odchody na ścianach. Zdarzało się to też na terenie jednego ze sklepów. W pobliskim hotelu miał dostać się na wyższe piętro i załatwić się na dywan w holu. Zasłonka posłużyła mu jako papier toaletowy.
„Wieczorami szukał miejsca do spania, często próbował dostawać się do klatek. W końcu trafił do kogoś i został pobity, ale sprawy nie chciał zgłaszać. Mówił, że zwady z nikim nie szuka” – usłyszeliśmy od jednego z przedstawicieli służb.
Teraz być może uda mu się pomóc, wiadomo, że ma przejść operację w szpitalu Megrez. Ostatni meldunek 61-latek miał w Tychach, w rejonie al. Jana Pawła II, około 2012 roku. Gdy zmarła jego żona, zaczęły się problemy z alkoholem, a następnie bezdomność.

Tychy24.net